Marta Nowicka · 47 lat · Mama dwójki · Poznań
Piszę to dla kobiety, która jest teraz dokładnie tam, gdzie ja byłam trzy lata temu. Która budzi się rano z zawrotami głowy, której serce wali bez powodu wieczorami i która słyszała od lekarzy „to stres” tyle razy, że prawie w to uwierzyła.
Prawie.
Bo jest taka część Ciebie, która wie, że coś jest nie tak. Że to nie jest normalny stres. Że kiedyś miałaś stres i TAK się nie czułaś.
Ja też to wiedziałam. Przez trzy lata.
Mam 47 lat. Pracuję w biurze, mam dwójkę dzieci, normalny dom, normalne życie. Nie jestem hipochondryczką i nie lubię chodzić po lekarzach.
Pierwszy objaw pojawił się jakieś trzy, trzy i pół roku temu. Takie dziwne uczucie, jakby podłoga pode mną lekko falowała. Nie mocno. Nie na tyle, żeby się przewrócić. Ale na tyle, żeby poczuć, że coś jest nie tak.
Zrzuciłam to na zmęczenie. Na ciśnienie. Na to, że piję za mało wody.
Potem zaczęło się kołatanie serca. Siedzę wieczorem na kanapie, oglądam serial i nagle serce zaczyna walić, jakbym wbiegła po schodach. Trwa minutę, dwie. Potem przechodzi. Mąż mówił: „Może za dużo kawy”. Przestałam pić kawę. Nie pomogło.
Potem refluks. Po każdym posiłku. Czasem nawet na pusty żołądek.
I cały czas, w tle, napięcie u podstawy czaszki. Takie jak ciasna opaska wokół głowy, ale z tyłu, przy samym karku. Rano gorsze, wieczorem trochę lepsze. Ale nigdy do końca nie przechodziło.
Kardiolog. EKG, Holter 24-godzinny, echo serca. Wyniki? „Serce zdrowe. To pewnie nerwica wegetatywna. Proszę unikać stresu”.
Gastrolog. Gastroskopia. „Żołądek w porządku. Refluks czynnościowy. Proszę unikać pikantnych potraw”.
Neurolog. Rezonans głowy, EEG. „Bez zmian organicznych. Zalecam magnez i ograniczenie ekranów wieczorem”.
Laryngolog. Badanie błędnika. „Błędnik sprawny. Zawroty mogą mieć podłoże stresowe”.
Stres. Nerwica. Czynnościowy. Psychogenny. Wegetatywny.
Różne słowa. Ten sam przekaz: „Nie wiemy, co Pani jest. Proszę się zrelaksować”.
Wiecie, co jest najgorsze? Nie to, że nie znaleźli przyczyny. To, że po pewnym czasie zaczęłam im wierzyć. Zaczęłam myśleć, że może rzeczywiście jestem za bardzo zestresowana. Może za dużo myślę. Może to wiek. Może hormony. Może taka po prostu jestem.
I zaczęłam żyć z tymi objawami.
Rano wstaję, zawroty głowy. Idę do łazienki powoli, trzymając się ściany, bo pierwsze 10 minut po wstaniu świat się kołysze. Potem przechodzi. Jem śniadanie, refluks. Biorę omeprazol. W pracy siedzę przy komputerze, po kilku godzinach napięcie w karku jest tak silne, że zaczyna boleć głowa. Wieczorem siadam na kanapie, kołatanie serca. Idę spać, budzę się w nocy zlana potem.
I tak dzień w dzień. Miesiąc po miesiącu.
Obniżałam sobie poprzeczkę tak powoli, że nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam odmawiać znajomym spotkań, bo „nie czuję się najlepiej”. Kiedy przestałam jeździć na rowerze. Kiedy zaczęłam unikać prowadzenia samochodu, bo przy zawrotach nie czułam się pewnie.
Moje życie się kurczyło. A ja to akceptowałam. Bo lekarze powiedzieli, że nic mi nie jest.
Piszę to teraz i czuję złość. Nie na lekarzy. Na siebie. Bo zaakceptowałam diagnozę „to stres” i przestałam szukać. I straciłam na tym lata.
Trafiłam na niego przypadkiem. Ktoś udostępnił na Facebooku artykuł fizjoterapeutki, która pisała o dokładnie tych objawach, które miałam. Zawroty głowy, kołatanie serca, refluks, napięcie u podstawy czaszki. I wyniki w normie.
Czytałam i miałam ciarki. Bo ta kobieta opisywała moje życie.
I wyjaśniła jedną rzecz, której nie powiedział mi żaden z moich czterech specjalistów.
U podstawy czaszki, dokładnie tam, gdzie ja czułam to napięcie od lat, przechodzi nerw błędny. Najdłuższy nerw w ludzkim ciele. I ten nerw kontroluje trzy rzeczy: rytm serca, trawienie i równowagę.
Ta fizjoterapeutka wyjaśniła to w sposób, który wreszcie do mnie dotarł.
Wyobraź sobie wąż ogrodowy biegnący z kranu do trzech grządek. Jedna grządka to serce, druga to żołądek, trzecia to zmysł równowagi. Jeśli ktoś nadepnie na ten wąż blisko kranu, wszystkie trzy grządki schną jednocześnie. Możesz podlewać każdą osobno z konewki (leki na serce, na żołądek, na zawroty), ale dopóki ktoś stoi na wężu, problem nie zniknie. Trzeba zdjąć stopę z węża.
Kiedy mięśnie u podstawy czaszki są przewlekle napięte (od lat pracy przy biurku, od stresu, od pozycji, w jakiej śpimy), zaczynają uciskać ten nerw. A ucisk jednego nerwu daje objawy w trzech różnych miejscach ciała.
Kołatanie serca. Nie dlatego, że serce jest chore. Dlatego, że sygnał do serca jest zaburzony.
Refluks. Nie dlatego, że żołądek jest chory. Dlatego, że regulacja wydzielania kwasu jest zaburzona.
Zawroty głowy. Nie dlatego, że mózg jest chory. Dlatego, że komunikacja między mózgiem a zmysłem równowagi jest zaburzona.
Jeden nerw. Uciskany w jednym miejscu. Trzy lata objawów. Czterech lekarzy. I żaden z nich nie dotknął mojej szyi.
Kiedy o tym myślę, robi mi się zimno. Bo wiem dokładnie, co by się stało.
Jeszcze mniej wyjść. Jeszcze mniej spotkań. Jeszcze więcej omeprazolu. Jeszcze więcej wieczorów z kołataniem serca i strachem, że „może to jednak coś poważnego”. Jeszcze rok obniżania poprzeczki. Jeszcze rok mówienia sobie „to stres” zamiast szukać dalej.
I jeszcze rok, w którym te mięśnie twardniałyby bardziej, ucisk byłby silniejszy, a objawy głębsze.
Fizjoterapeutka, której wpis przeczytałam, napisała coś, co utkwiło mi w głowie: „Pacjentki, które przychodzą po roku, reagują szybciej. Te, które przychodzą po pięciu, potrzebują dłuższej pracy”.
Ja przyszłam po trzech. Wolałabym przyjść po jednym.
Ta fizjoterapeutka pisała o urządzeniu EMS do terapii szyjnej.
Normalnie bym zamknęła zakładkę. Mam już szufladę pełną rzeczy, które „miały pomóc” i nie pomogły. Masażery, piłeczki do masażu, poduszki ortopedyczne, magnez w trzech różnych formach.
Ale trzy rzeczy mnie zatrzymały.
Po pierwsze, ta fizjoterapeutka nie brzmiała jak reklama. Brzmiała jak ktoś, kto z tymi mięśniami pracuje codziennie i widzi, co działa, a co nie. Opisywała konkretnie, dlaczego masażery wibracyjne nie docierają do mięśni podpotylicznych (za powierzchowne), dlaczego masaże pomagają na chwilę (efekt znika po 3-5 dniach) i dlaczego potrzeba codziennej, systematycznej pracy.
Po drugie, urządzenie miało sześć trybów terapii, nie tylko wibrację: stymulację punktów spustowych, głęboką pracę tkankową, EMS i ciepło. To brzmiało jak narzędzie terapeutyczne, nie jak gadżet z działu „wellness”.
Po trzecie, 90 dni gwarancji. Trzy miesiące. Nie 14 dni, jak zwykle. Wystarczająco dużo czasu, żeby naprawdę przetestować i ocenić.
Po trzech latach bez odpowiedzi pomyślałam: co mam do stracenia oprócz kolejnego miesiąca życia z zawrotami?
Zamówiłam.
Tydzień temu wsiadłam na rower. Pierwszy raz od roku. Nic się nie kręciło. Nic nie bolało. Po prostu jechałam.
W sobotę byłam z koleżankami na kolacji. Nie odmawiałam, bo „nie czuję się najlepiej”. Po prostu poszłam.
Wczoraj wieczorem siedziałam na kanapie z mężem. Serce spokojne. Żadnego kołatania. Oglądaliśmy film, a ja po prostu go oglądałam, zamiast liczyć uderzenia serca.
To są małe rzeczy. Dla zdrowej osoby – normalne. Dla mnie, po trzech latach, każda z nich to odzyskany kawałek życia.
Agnieszka, 45 lat
Poznań
„Marta, czytam Twojego posta i płaczę. Wczoraj, po miesiącu stosowania, pierwszy raz od dwóch lat wsiadłam sama w samochód i pojechałam do córki na drugi koniec miasta. Bez strachu, że dostanę ataku w trasie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam taką wolność."
Katarzyna, 41 lat
Kraków
„Wczoraj wieczorem mąż spojrzał na mnie przy kolacji i powiedział: »Wróciłaś. Znowu jesteś tą samą uśmiechniętą Kasią«. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że od kilku tygodni nie miałam ani razu tego dławiącego kołatania serca i przestałam żyć w ciągłym napięciu."
Dorota, 52 lata
Warszawa
„Myślałam, że jestem jedyna, która ma takie dziwne objawy i normalne wyniki. Używam od 3 tygodni. Dziś rano wstałam z łóżka i poszłam prosto do kuchni zrobić kawę. Pierwszy raz od roku nie musiałam trzymać się ściany po przebudzeniu. Odzyskuję swoje życie."
Barbara, 49 lat
Gdańsk
„Tydzień temu zadzwoniłam do dyrektorki i powiedziałam, że wracam do pracy na pełen etat. Koniec ze zwolnieniami i pracą na pół gwizdka, bo »ciągle słabo się czuję«. Znowu mam pełną kontrolę nad własnym ciałem. Najlepiej wydane pieniądze w moim życiu."
Magda, 38 lat
Wrocław (opinia o mamie)
„Zamówiłam dla mamy (68 l.), która od 4 lat tułała się od lekarza do lekarza. Po miesiącu zadzwoniła z płaczem i powiedziała, że kołatania serca prawie ustąpiły. Pierwszy raz od lat przespała całą noc i nie boi się kłaść spać. Nie potrafię Wam wystarczająco podziękować."
Tydzień temu wsiadłam na rower. Pierwszy raz od roku. Nic się nie kręciło. Nic nie bolało. Po prostu jechałam.
W sobotę byłam z koleżankami na kolacji. Nie odmawiałam, bo „nie czuję się najlepiej”. Po prostu poszłam.
Wczoraj wieczorem siedziałam na kanapie z mężem. Serce spokojne. Żadnego kołatania. Oglądaliśmy film, a ja po prostu go oglądałam, zamiast liczyć uderzenia serca.
To są małe rzeczy. Dla zdrowej osoby – normalne. Dla mnie, po trzech latach, każda z nich to odzyskany kawałek życia.
Policzyłam. Nie żeby się użalać, ale żeby zobaczyć czarno na białym.
Kardiolog prywatnie: 200 zł za wizytę, cztery wizyty. Holter: 250 zł. Echo serca: 300 zł. Neurolog: 200 zł, dwie wizyty. Rezonans głowy: 600 zł. Gastrolog: 200 zł. Gastroskopia: 400 zł. Laryngolog: 150 zł. Plus magnez, omeprazol, suplementy, masażery z Allegro.
Razem? Ponad 3000 złotych. W trzy lata. I zero odpowiedzi.
Urządzenie kosztowało ułamek tego. I w miesiąc dało mi więcej niż wszystkie te wizyty razem wzięte.
Nie porównuję tego z masażerem za 50 złotych. Porównuję z trzema latami szukania i z pieniędzmi, które wydałam na badania, które niczego nie wyjaśniły.
Nie piszę tego, żeby coś sprzedawać. Piszę, bo wiem, że czyta to teraz kobieta, która jest tam, gdzie ja byłam. Która ma te same objawy. Która była u tych samych lekarzy. Która słyszała „to stres” i powoli zaczyna w to wierzyć.
Nie wierz. To nie stres.
Mogę się mylić w Twoim konkretnym przypadku. Każdy organizm jest inny. Ale jeśli masz napięcie u podstawy czaszki, zawroty głowy, kołatanie serca lub refluks i wyniki badań nic nie wykazują, to przynajmniej warto sprawdzić, czy przyczyna nie siedzi w szyi.
Urządzenie ma 90-dniową gwarancję. Trzy miesiące. Testujesz na sobie, codziennie. Jeśli po miesiącu, dwóch nie poczujesz różnicy, zwracasz i dostajesz pieniądze z powrotem. Bez pytań.
Ja z gwarancji nie skorzystałam. Za żadne skarby nie oddałabym już tego urządzenia. Bo po dwóch miesiącach miałam pierwsze dni bez objawów od trzech lat.
✓ -50% zniżki · ✓ 2 e-booki gratis · ✓ 90 dni gwarancji zwrotu
Marka współtworzona z fizjoterapeutką
Pozdrawiam, Marta
Indywidualne rezultaty mogą się różnić. Urządzenie nie jest wyrobem medycznym. W razie wątpliwości skonsultuj się z lekarzem.
U mnie pierwsze zmiany po 1-2 tygodniach. Prawdziwa różnica po miesiącu. Ale fizjoterapeutka, której wpis przeczytałam, mówi, że to zależy od tego, jak długo napięcie narastało. Dlatego gwarancja jest na 90 dni, a nie na 14.
Nie. Pierwsze użycie jest dziwne (uczucie impulsu elektrycznego na szyi), ale intensywność regulujesz sama. Zaczynasz od najniższej i zwiększasz w miarę przyzwyczajenia.
Masażer wibruje powierzchnię. To urządzenie ma sześć trybów, EMS, ciepło i dociera do mięśni, które leżą głęboko przy kości. Różnica jak między masowaniem pleców ręką przez kurtkę a celowaną terapią manualną.
Bo tamte rzeczy pracowały na powierzchni. Ten problem leży głęboko, u podstawy czaszki. To urządzenie jest zaprojektowane do pracy z tymi konkretnymi mięśniami. I masz 90 dni, żeby sprawdzić na sobie, czy jest różnica.
Zwracasz. Dostajesz pełny zwrot pieniędzy. Bez pytań. Pisałam do ich obsługi klienta, zanim zamówiłam, żeby to potwierdzić. Potwierdzili.
✓ -50% zniżki · ✓ 2 e-booki gratis · ✓ 90 dni gwarancji zwrotu
Marka współtworzona z fizjoterapeutką